Ultravox – Vienna (oraz o tym, jak się drzewiej podróżowało)
Do kosza leci kaseta: Ultravox „Vienna”
Przyznam szczerze, że na hasło „New Romantic” jak reagowałem alergicznie ćwierć wieku temu, tak reaguję dziś. Kolorowe garnitury, elektroniczna perkusja, napuszone fryzury i wszechobecne syntezatory dawały dość niestrawną mieszankę. Styl rozwitł w latach 80., potem przekwitł i chyba już nikt do niego specjalnie nie tęskni. Co nie znaczy, że kilku zespołów czy chociaż płyt nie warto ocalić w pamięci.
* * *
New Romantic w zasadzie zaczął się od Ultravox i płyty „Vienna”. Zespół istniał już w głębokich latach 70. (najpierw jako Tiger Lily), ale dopiero przyjście wokalisty Midge’a Ure’a dało im właściwego „kopa”. „Vienna”, czwarta płyta grupy, wydana w 1980 roku zapewniła im upragniony sukces. Przyniosła takie przeboje jak: “Sleepwalk”, “Passing Strangers”, “All Stood Still” I – przede wszystkim -”Vienna”.
Teledysk do tej ostatniej piosenki kręcono rzecz jasna w stolicy Austrii. Reżyserem był Russell Mulcahy („Nieśmiertelny”), ale wytwórnia widać nie bardzo wierzyła w zespół, bo muzycy musieli wideo sfinansować z własnych kieszeni.
* * *
Teraz krótki test. Co należy zrobić, żeby wyjechać z Polski? Powiedzmy tak: a) spakować się, b) zabrać dowód osobisty lub paszport, c) wsiąść w samochód lub pociąg i pojechać. Koniec. Powyższy schemat działa na praktycznie wszystkie kraje Europy.
Teraz pytanie drugie. Co w PRL-u należało zrobić, żeby wyjechać z Polski? Tu wariantów było nieporównanie więcej. Bo paszportu nie miało się w domu, tylko trzeba było „złożyć o niego wniosek”. Żeby był pozytywnie rozpatrzony (mowa o wyjeździe na Zachód) trzeba było: a) zostać szpiegiem albo b) mieć poparcie jakiegoś ważnego sekretarza partii, albo c) być sławnym kompozytorem lub filmowcem (ale niezwiązanym przypadkiem z opozycją, albo d) składać wnioski do skutku licząc na łut szczęścia.
Jeśli paszportu się nie dostało, nie uniemożliwiało to wyjazdu. Trzeba było tylko trochę determinacji. Można było wtedy: a) porwać samolot, b) przejechać granicę ukrywszy się np. pod ciężarówką.
Mając paszport można się było już starać o wizę, ustawiając się w kolejce pod ambasadą danego państwa. Należało też nabyć na czarnym rynku dewizy (i przemycić je na granicy, ponieważ legalnie można było przewieźć tylko te wymienione oficjalnie; przysługiwało bodaj 2 do 4 dolarów na dzień pobytu). I dopiero po spełnieniu tych wszystkich warunków można się było pakować.
Dużo prościej podróżowało się do demoludów, bo do Bułgarii, Rumunii, NRD i Czechosłowacji łatwo było dostać paszport, a do wyjazdu w strefie przygranicznej (NRD i CSRS, bo już nie ZSRR) wystarczył dowód osobisty. Co się skończyło po sierpniu 80, bo władze tych krajów bały się, że Polacy im przywiozą zarazę „Solidarności” i przymknęły granice.
* * *
To wszystko przypomniało mi się, gdy parę lat temu pojechałem do Wiednia. Kupiłem na dworcu centralnym bilet, spakowałem walizkę i wsiadłem do pociągu. Gdzieś na granicy (było te jeszcze przed wejściem Polski do strefy Schoengen) wsiadł facet w mundurze i rzucił okiem na paszport, sprawdziwszy go mniej uważnie, niż konduktor sprawdzał bilet. I tyle. Po kilku godzinach jazdy mogłem zwiedzać Hofburg. Nuda!
Dużo ciekawsze wspomnienia mam z wakacji we wczesnych latach 70. w Bułgarii (gdzie byłem z rodzicami). Trzy dni podróży radzieckim pociągiem i już byliśmy w Złotych Piaskach (to taka socjalistyczna Riviera, międzynarodowe rosyjsko-czesko-bułgarsko-polskie towarzystwo).
Tam po raz pierwszy widziałem automat do kawy. Wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Stałem i obserwowałem (bo jako szczyl nie mogłem jeszcze kawy pić), jak po wrzuceniu monet wylatywał kubek, do niego wpadały kostki cukru, a potem lał się wrzący napój. Bajka!
Pewnego razu przy automacie stanął Rosjanin. Obejrzał automat, przeczytał instrukcję, wreszcie wrzucił monety. Pamiętajmy jednak, że było to w socjalizmie – więc w trafiły się akurat przejściowe-chwilowe trudności z kubkami. Dość, że cykl produkcji gotowej kawy skrócił się o pierwszy element. A więc: kubek nie wypadł, ale automat nie zawrócił z raz obranej drogi, tylko na kratkę w otworze. Potem na cukier polała się gorąca kawa, rozpuściła kostki i zniknęła w otworze.
Rosjanin patrzył na to w osłupieniu, potem spojrzał się tak jakoś melancholijnie. Odchodząc, rzekł: „Wot, omamili ruskowo czełowieka”.