50 najlepszych kaset

które wyrzuciłem podczas przeprowadzki

Electric Light Orchestra – Ticket to the Moon (oraz o podróżowaniu c.d.)

maj20

Do kosza idzie kaseta: Electric Light Orchestra “Time”

Jak podróżowało się w roku 1981, kiedy Electric Light Orchestra wydał płytę „Time”? Pisząc to w roku 2009 z jednej strony widzę współczesnych podróżnych, którzy aby oddzielić się od świata włączają iPody, laptopy czy przenośne odtwarzacze dvd; z drugiej – wspominam podróże koleją lat 80. Czy można było wyłączyć się i słuchać muzyki? Muzyki? No chyba że się ją samemu śpiewało, co nie było w zwyczaju, jeśli nie podróżowało się jako grupa rezerwistów lub kibiców. Chociaż… sprawdzam teraz i okazuje się, że pierwszy walkman ujrzał światło dzienne w 1979 roku. Kiedy taka zabawka dotarła do Polski? Na pewno w połowie lat 80. była już do kupienia w Peweksach. Ale czy w 1981? Może miał walkmana syn jakiego ambasadora, pewnie też syn marynarza. Lecz i tak do pociągu by go nie wziął, bo strach. Dlaczego? Wróćmy do odpowiedzi na pytanie o to, jak się podróżowało w roku 1981.
Otóż, dzisiaj żeby przejechać się pociągiem, najważniejszy jest bilet. Wówczas – najważniejsze było miejsce próby wejścia do pociągu (w skrócie: mpwdp). Na mpwdp wybierało się stację, z której pociąg zaczynał bieg, w Warszawie była to Wschodnia lub Zachodnia, bo na Centralnej nie było już jak wsiąść. W drodze powrotnej tak samo; jak się wyjechało na wakacje do Jastarni, to stosownym mpwdp był Hel. Już po znalezieniu się w mpwdp, co najmniej godzinę przed odjazdem pociągu, należało zorientować się czy nie uda się go zlokalizować gdzieś na bocznicy. I – jeśli będzie otwarty – wsiąść, a jeśli zamknięty – uprosić jakiegoś kolejarza (zwykle drobnym argumentem „do ręki”), żeby otworzył. Jeśli bowiem czekaliśmy na pociąg jedynie na peronie, mogło się zdarzyć, że już na peron na pierwszej stacji pociąg wjeżdżał pełny!
Jeśli jednak nie dane nam było znaleźć składu na bocznicy i trzeba było wsiadać na peronie (gdzie stał już zbity tłum ludzi), to: zespół winien podzielić się na desantowca i bagażowego. Desantowiec miał za zadanie przepchnąć się przez drzwi jako pierwszy, dotrzeć do przedziału i otworzyć okno. Przez to okno wskakiwali następni, a bagażowy podawał plecaki. Należało się też wykazać elastycznością w ocenie sytuacji – jeśli nie było szans na przedział, warto było zastanowić się nad zajęciem ubikacji. I tak z niej nikt nie korzystał, bo na korytarzach stało się w dwóch rzędach, więc nijak nie można było przejść (z tej przyczyny na bardziej oblężonych trasach bilet bywał zbędny). Przedziały też wykorzystywano do maksim
A co z rezerwacją miejsc – zapyta ktoś. Owszem, zdarzały się takie pociągi (rzadko). Ale rezerwacja miejsc była „ręczna”, więc albo można było jej dokonać jedynie na stacji początkowej, albo na wybranej innej, z której telefonicznie łączono się ze stacją początkową, a pani w specjalnym zeszycie zapisywała, że wagon 3, przedział 7, miejsca 73, 75 i 77 są sprzedane. Nietrudno się domyśleć, że zdublowane rezerwacje były na porządku dziennym.

* * *
I w tymże roku 1981 ELO postanowiła nam sprzedać „bilet na Księżyc”. „Remember the good old 1980’s, / When things were so uncomplicated, / I wish I could go back there again, / And everything could be the same. // I’ve got a ticket to the moon, / I’ll be leaving here any day soon” I tak dalej, i tak dalej…
To był szczytowy okres popularności Elektryków; w Polsce istny szał. Żadna dyskoteka nie mogła się obyć bez wolnego-przytulanego „Ticket to the Moon”. Jak każdy taki hit, piosenka jest jedną nogą za granicą kiczu, ale kto lubi, ten się nie zastanawia.

* * *

Płyta „Time” oparta jest na pomyśle, że człowiek przenosi się w czasie do roku 2095 (i z tej perspektywy może wspominać „stare dobre lata 80.”). Może w 2095 rok 1981 będzie już „starym, dobrym”, ale z naszej perspektywy był to rok koszmarnego kryzysu, zakończony wprowadzeniem stanu wojennego.
Przy okazji – żeby nie było, że w Polsce wszystko źle, a na Zachodzie wszystko było dobrze: album „Time” miał być dwupłytowy, ale wytwórnia CBS stwierdziła, że to za drogo wyjdzie i resztki z „Time” ukazały się na stronach B singli (włączone z powrotem na płytę w reedycji w 2001) i zasiliły też następny longplay Elektryków („Secret Messages”). Jeff Lynne miał już chyba wtedy dość ELO i po wywiązaniu się ze zobowiązań wobec wytwórni (powstała jeszcze płyta „Balance of Power”) po prostu odszedł. Zespół funkcjonował później bez niego (choć za jego zgodą) jako Electric Light Orchestra Part II. Na progu nowego tysiąclecia ELO zebrali się na powrót, ale płyta „Zoom” (wcześniej planowana jako solowy album Lynne’a) wydana pod starym szyldem nie odniosła sukcesu i wszystko rozeszło się po kościach. Fani zostali widać w starych, dobrych latach 80.

opublikowany w dziale: Popowe dźwięki | Bez komentarza »
« Older EntriesNewer Entries »