50 najlepszych kaset

które wyrzuciłem podczas przeprowadzki

Iron Maiden – Powerslave (o raz o tam, jak bardzo lubię horrory)

kwiecień19

Do kosza idzie kaseta: Iron Maiden – „Powerslave”

Czy mogłem być na okładce płyty Iron Maiden? Mogłem! Naprawdę! Nie, nie jako Eddie, potwór zdobiący niemal wszystkie okładki płyt i singli zespołu. Miałem w 1984 bilet na koncert Maidenów na Torwarze. Niestety to były wakacje i znajdowałem się wówczas daleko od Warszawy. Jesienią 1985 ukazał się dwupłytowy album koncertowy, gdzie na wewnętrznych stronach okładki były zdjęcia fanów (w tym z Polski). Przy pewnej dozie szczęścia mogłem znaleźć się zatem na okładce „Live After Death”, nie większy pewnie niż pięć na pięć milimetrów, ale – na okładce!
Ale na koncercie nie byłem i do dziś żałuję. Mógłbym to naprawić, bo zespół gra do dziś, ale czyż nie wyglądałbym na takim koncercie nieco śmiesznie? Poza tym, w co miałbym się na taki koncert ubrać? Gdzie te dżinsowe kurtki, specjalnie postrzępione? A przede wszystkim – gdzie moje długie włosy? Jak mawiał Heraklit z Efezu: „to se ne wrati”.

* * *
Bardzo lubię oglądać horrory. (Dlatego też Iron Maiden było mi tak bliskie; już rzut oka na okładki płyt wystarczał, by stwierdzić że chłopaki też to uwielbiają).
Oczywiście jako starzyk muszę wtrącić swoje trzy grosze, że kiedyś to były horrory… Nie uznaję bowiem za filmy grozy tych wszystkich „Pił”, „Hosteli”, „Woskowych ciał” i tym podobnych. Mało tego, przez długie lata byłem głęboko przekonany, że „Teksańska masakra piłą mechaniczną” to wymysł prześmiewców.
Ale nie – „Teksańska masakra…” istnieje, podobnie jak „Piły” i inne obrazy, które hektolitrami czerwonej farby rozlewanej na ekranie są w stanie zemdlić każdego widza.
Najlepsze są takie filmy grozy, gdzie „nic nie widać”, gdzie potwory nie skaczą na ekran, głowy nie eksplodują; napięcie winno powoli rosnąć – niby nic, a jednak widz się boi. Dobry horror to taki, po którym przez tydzień boimy się zostać sami w ciemności.
Ale oczywiście takich filmów jest mało; najlepszy to rzecz jasna „Dziecko Rosemary”. Z młodych lat pamiętam film „Zemsta po latach”, po którym bałem się aż miło. Kupiłem sobie go nawet teraz na płycie, ale nie obejrzałem, bo bałem się… że się rozczaruję.

* * *

A wyobraźcie sobie taką scenę z horroru. Na lotnisku (dajmy na to, że to Okęcie, terminal Etiuda) grupa turystów wsiada do wyczarterowanego samolotu, żeby przeżyć swoje last minute w jakimś ciepłym kraju. Naczekali się, bo właściwy samolot się popsuł i trzeba było awaryjnie sprowadzić nowy. Podjeżdżają autobusem pod maszynę. A tam samolot cały wymalowany w potwory. Wsiadają, lecą. Nagle z głośników dobiega głos: - Mówi kapitan Bruce Dickinson. Chciałbym Państwa poinformować, że silnik nam się pali…

PS. Tak było! Trochę oczywiście podkoloryzowałem, bo samolot był rzeczywiście pożyczony od Maidenów i z namalowanym wizerunkiem Eddiego, ale czy rzeczywiście pilotował wówczas Bruce? I silnik się nie palił, tylko popsuł… I wszystko się skończyło szczęśliwie, nie tak jak w horrorach.
PPS. Przypominam o KONKURSIE. Ciągle jest mało odpowiedzi! Co prawda czasu jeszcze co niemiara, ale wygra ten, kto poda prawidłową odpowiedź jako pierwszy.

opublikowany w dziale: Metalowe łomotanie | 1 komentarz »
« Older EntriesNewer Entries »