Vangelis - Blade Runner (i hot dog z pieczarkami)
Tu do kosza nic nie idzie. Nie miałem muzyki do „Blade Runnera”, bo po prostu nie była wydana aż do 1994 roku.
Philip Dick to był ćwierć wieku temu mój ulubiony pisarz. Czytałem tylko jedną jego książkę („Człowiek z wysokiego zamku”), ale wystarczyło. Piorunujące wrażenie – wyobraźnia zupełnie odjechana, oddech i bardzo mocne pytania o to czy aby rzeczywistość jest prawdziwa (bo może to tylko złudzenie i nasze wyobrażenie).
Potem przeczytałem większość książek Dicka. Wiele z nich mnie bardzo rozczarowało (dość sztampowe s-f, które można lubić do 16. roku życia), ale kilka zostało mi w głowie na długo (m.in. „Valis”). Na samym końcu przeczytałem książkę o Dicku i wszystko się wyjaśniło – gość był niestety psychiczny. Niestety i stety zarazem, bo dzięki doświadczeniu choroby udało mu się stworzyć kilka naprawdę znakomitych dzieł.
Krótką powieść „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” uważam za dość średnią. Nic by się nie stało, gdybym jej nie przeczytał. Gdyby jednak nie przeczytał jej Ridley Scott…
…to by nie powstał „Blade Runner” - jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy film s-f.
W komplecie z rewelacyjnym filmem – genialna muzyka Vangelisa. Posępna, monumentalna, znakomicie brzmi i bez filmu, ale z obrazem łączy się zupełnie symbiotycznie.
Gorzej, że nie można było muzyki normalnie kupić, bo z bliżej nieokreślonych przyczyn ukazała się na płycie z dwunastoletnim opóźnieniem.
Muzyki nie będę streszczał – lepiej samemu posłuchać, zatrzymam się na chwilę przy filmie. To, co było w owym obrazie nowością (pamiętajmy, był rok 1982), to wizja przyszłości, w której świat wcale nie jest nowoczesny i sterylny, lecz chaotyczny i brudny).
Los Angeles w roku 2019 nie jest piękną metropolią, to raczej ciemne i przeludnione miasto, którego głównymi mieszkańcami są Chińczycy.
Proszę sobie wyobrazić Warszawę przyszłości. Warszawiacy są przede wszystkim pochodzenia wietnamskiego; ci słowiańscy stanowią mniejszość. Wielkie bilboardy reklamowe – po wietnamsku, napisy – po wietnamsku. Obowiązująca kuchnia – oczywiście wietnamska. Nie-wietnamscy warszawiacy muszą się jakoś przystosować, choć nie mają szczególnych ku temu zdolności; żeby jednak zjeść w barze, trzeba znać choć kilka podstawowych zwrotów: „dien-bien-fu”, „ho-szi-min” albo „nie-jem-psa”.
* * *
A propos psa. Wkładem kuchni peerelowskiej do światowego fast-foodu był w latach 80. hot-dog z pieczarkami. Z mięsem było krucho (choć czy parówki to mięso? raczej bliżej nieokreślona masa ostatniego gatunku, psina mielona razem z budą), ktoś zatem wpadł na genialny pomysł wypełnienia pustego otworu w bułce gorącymi pieczarkami. I tak - według motta z wyrobu czekoladopodobnego produkcji Zakładów im. 22 Lipca (dawniej E. Wedel, obecnie E. Wedel): „i w kryzysie nie damy się” – pierwszemu śmieciowemu jedzeniu w Polsce nie zaszkodziły braki w zaopatrzeniu w mięso.
Z hot-dogami wiąże się opowieść, która jest tak urocza, że pewnie należy raczej do legend miejskich niż zdarzyła się w rzeczywistości. Tak czy owak – opowiem. Pewien cudzoziemiec przejazdem w Warszawie postanowił szybko coś zjeść. Na restaurację nie miał czasu, poszedł więc do budki. Tam zobaczył hot-doga.
– Co to? – spytał.
– Hot-dog. Podać?
– Poproszę; ale czy mógłbym dostać jakąś inną część tego psa?