Pożegnanie MJ
Obiecałem sobie kiedyś, że już nigdy nie będę słuchać Michaela Jacksona. Było to wtedy, gdy pojawiły się wobec niego oskarżenia o pedofilię. Bo co innego ekscentryczny gwiazdor – niech sobie wybiela skórę, operuje nos pięćdziesiąt razy, a co innego wstrętny zboczeniec, wykorzystujący swoją pozycję i majątek.
Jacksona, mimo długiego procesu, w końcu nie skazano, ale nie jest to ostateczny dowód niewinności (przypomnijmy proces OJ Simpsona, w którym ten, dzięki najzręczniejszym prawnikom, wyłgał się od ewidentnego morderstwa). Sprawiedliwość potrafi dziwnie przymykać oczy, kiedy ma przed sobą milionerów.
Teraz Michael Jackson umarł – i wypada spojrzeć na niego z innej strony. Jego śmierć budzi skojarzenia z końcem życia poprzedniego „króla muzyki” – Presleya, który także umierał otoczony tłumem dziwnych ludzi, przyssanych do niego jak pijawki – i pewnie głęboko nieszczęśliwy. Różnica jest taka, że Jackson miał złamane życie już od wczesnego dzieciństwa. Maltretowany przez ojca, który chciał ze swoich dzieci zrobić gwiazdy (swoją drogą nie pomylił się), potem już nie miał normalnego życia.
***
Miał niebawem wrócić na scenę. Bilety na 50 koncertów wykupiono na pniu. Ale osobisty lekarz dał mu prawdopodobnie o jeden zastrzyk przeciwbólowy za dużo i tak skończyła się era „króla popu”.
***
Spróbujmy zobaczyć Jacksona takiego, jakim być może chciał być zawsze – radosnego dzieciaka, uwielbiającego tańczyć i śpiewać. Takim warto go zapamiętać.
on nie byl zadnym pedofilem…
a tu niezbity dowod…
http://trashselector.com/evan-chandler-i-lied-for-my-father-im-sorry-michael/
To prawda, że sąd go nie skazał; z drugiej strony sądy dziwnie przychylnie patrzą na bogaczy (por. OJ Simpson). Ale zasadą jest, żeby wątpliwości tłumaczyć na korzyść oskarżonego. Przyjmimy zatem, że zarzuty nie były prawdziwe - co pozwoli nam wspominać Jacksona bez goryczy.