Deep Purple - Perfect Strangers (i przenośny magnetofon)
Do kosza idzie kaseta: Deep Purple “Perfect Strangers”
Przy przeczesywaniu źródeł potrzebnych do napisania kolejnego odcinka (żeby nie palnąć głupstwa, opierając się jedynie na pamięci – bo najgorzej, jak ktoś nie wie i zapomni) odkryłem, że Ian Gillan wcale nie był z Purplami od początku! Blackmore, rzecz jasna, a wraz z nim Lord i Paice; ale „na wokalu” występował niejaki Rod Evans (i to on śpiewał „Hush”). Ale może wszyscy to wiedzieli i tylko ja się dziwię, a może jest jeszcze gorzej – kogo to wszystko obchodzi?
Dla tej nielicznej pewnie garstki tych, których obchodzi, mam przyjemność pisać „50 kaset”. Dlaczego zacząłem od rozważań nad składem DP? Bo w historię zespołu wpisany był nieustający konflikt między Blackmorem a Gillanem, a może raczej między Blackmorem a całą resztą. Ale skoro Gillan przyszedł później, to jego pozycja jest jakoś tam słabsza.
Historia DP jest bowiem pełna rozstań, powrotów, zawieszeń i zmian. Chłopcy (mogę tak powiedzieć, bo byli wówczas młodsi niż ja teraz) pierwszy raz rozstali się w 1976. Blackmore założył Rainbow (gdzie wokalne szlify zdobywał m.in. Ronnie James Dio), Gillan założył Ian Gillan’s Band ale nie pogardził też wokalem Black Sabbath, który właśnie opuścił Dio.
* * *
Mała dygresja – w tym miejscu, bo na samodzielny odcinek się nie nadaje. Płyta Black Sabbath „Born Again” z Gillanem jako następcą Dio (jako następcą Osbourne’a) to była straszna płyta. Nie, nie dlatego, że pełno było na niej okropieństw czy mniej lub bardziej satanistycznych odniesień. Była straszna muzycznie – słuchało jej się tak, jakby Purple parodiowali Sabatów. Nic dziwnego, że ta współpraca skończyła się na jednym albumie.
* * *
Przenośny magnetofon po raz pierwszy zobaczyłem na ramieniu Krzyśka. Krzysiek wszystko miał pierwszy (magnetofon, walkman, brodę, samochód… można by kontynuować…). Była czerwcowa noc, Lasek Bielański a może park Kaskada, Krzysiek, na jego ramieniu magnetofon i my (bliżej nieokreślone my, bo pamięć już nie ta). Doskonale wiedzieliśmy z telewizji, co taka grupa robi w Stanach. Murzyn z magnetofonem siada na krawężniku, puszcza jakiś rap, a w zasadzie jakiś pre-rap, a tymczasem pozostali kręcą się na głowach i paralitycznie podrygują (co dumnie określano mianem „break dance”). Ale… nowiutkiego japońskiego magnetofonu przecież nie postawimy na ziemi; i gdzie tam będziemy słuchać rapu (nie mówiąc o tym, że gdybyśmy zaczęli stawać na głowie, zaraz by się nami zainteresowały odpowiednie służby i odwiozły do szpitala na obserwację).
Tak więc: czerwcowa noc, Lasek Bielański a może park Kaskada, Krzysiek, na jego ramieniu magnetofon, a z magnetofonu odzywają się pierwsze dźwięki „Knocking At Your Back Door”. I potem „Perfect Strangers” (zapowiadany czasem przez Gillana na koncertach jako „Perfect Stranglers”). Od razu pokochałem tę płytę!
* * *
Purple ponownie zebrali się w 1984 roku, aby nagrać właśnie „Perfect Strangers” (i „The House of Blue Light” trzy lata później). Potem odchodzi Gillan, potem Gillan wraca, potem odchodzi Blackmore (na jego miejsce na krótko przychodzi Joe Satriani), potem Blackmore nie wraca, ale odchodzi Lord… Jak policzono, DP gra obecnie w ósmym składzie.
* * *
Baterie pozwoliły nam odsłuchać kasetę „Perfect Strangers” w całości; potem zdecydowały się podarować ciszę mieszkańcom pobliskich bloków.
Nareszcie ktoś podziela moje zdanie o “Born Again”… Słuchając tej płyty mam wrażenie, że Gillan, który w Purplach radził sobie przecież znakomicie, w BS fałszuje niemal w każdym utworze. Rzeczywiście dobrze, że skończyło się na jednym albumie.
A jeśli chodzi o konkurs, to typów mam wiele, ale nie wiem, na co stawiać. Purple byli już dwa razy, więc Smoke on the Water już bym sobie odpuścił. Floydzi chyba tylko raz, więc takie Shine On You Crazy Diamond lub Wish You Were Here jest bardzo prawdopodobne [a może coś z "Dark Side Of The Moon"?]. Jednak starając się postawić siebie na miejscu autora zdecydowałbym się na tych, których uważam za najlepszych w całej rockowej historii - Queen. A tutaj jest ogromny wybór, bo i Bohemian Rhapsody, i The Prophet’s Song, i [odświeżone ostatnio przez Dream Theater] Tenement Funster / Flick of the Wrist / Lily of the Valley… Jednak to zakończenie, to musi być coś odpowiednio wzniosłego, może “Innuendo” i albo tytułowy utwór, a jeszcze prawdopodobniej “The Show Must Go On”…
Nic, nic, nic nie powiem! Już niecały miesiąc został do końca, chociaż może dodam jeszcze jeden odcinek “pogrobowy”, tłumacząc dlaczego wybrałem ten, a nie inny utwór.